czwartek, 26 czerwca 2014

Ciężki żywot matki w mieście

Praca jako pełnoetatowa mama jest bardzo satysfakcjonująca, ale niestety jest to dość samodzielne stanowisko i czasem mam wrażenie, że jeszcze trochę z moim małym zostanę w domu i zapomnę jak budować zdania złożone.


Dlatego postanowiłam zapisać się na jogę z dziećmi. Spotkam innych ludzi, Antek się na zajęciach wyciszy i będę miała pretekst, żeby wyciągnięty dres zamienić na jeansy i koszulę.
Wyjście z dzieckiem to nie taka bułka z masłem.


Wyszykowana, ubrana, wymalowana na śpiocha przystawiam małego do piersi, żeby najadł się na drogę. Drugiego cycka pompuję, żeby na mieć trochę mleka w butelce.


Antek wzdycha ciężko, więc chyba się najadł. Do gondoli wózka wrzucam kilka kocyków, czapkę, pieluchy, futerał z butelką, wodę dla siebie i wyruszam. Chwytam najlżejszą dostępną na rynku gondolę i schodzę z trzeciego piętra do piwnicy po resztę wózka. Niestety wózkowania zaprojektowana bardzo mało ergonomicznie i moje białe tenisówki są już czarne, a udo czuję jak się powiększa i zmienia kolor. W końcu się udało. Dumna, podnoszę wysoko głowę i zmierzam na przystanek.


Oho … a tu przecież nie ma pasów, więc stoję kilka minut, żeby mieć pewność, że nic nie jedzie. Wysoki krawężnik i nierówności, ale Antek dzielnie znosi, chyba jest wstrząsoodporny. Autobus podjeżdża niskopodłogowy, więc wsiadam bez problemu.


Wysiadam, patrzę na zegarek i myślę: „niezły czas, jeszcze tylko kilka przystanków tramwajem i jestem na miejscu”. Zmierzam w stronę przystanku tramwajowego … no i schody …. brak zjazdu dla wózków. Muszę zawrócić. Na przystanku i czekam na tramwaj. Podjeżdża kilka, ale żaden nie jest niskopodłogowy.
W końcu docieram na jogę. Niestety widzę tylko przez szybę zbierające się dziewczyny do domu.
To tym razem jogę odpuszczam. Po takich przebojach postanawiam wrócić do domu pieszo. Droga długa z wysokimi krawężniki, czasem schodkami, ale wszystko do pokonania.


Ostatnia prosta i…. koniec chodnika. Wąska wydeptana dróżka, blisko ruchliwej ulicy. Mój wózek jest miejski, więc zmieniam drogę. Nogami prawie szuram ze zmęczenia i w ramach rekompensaty zachodzę do samoobsługowego sklepu. Kupię coś dobrego na obiad. Sklep posiada tylko wózki, więc wchodzę bez. Zakupy wszystkie ładuję do kosza pod moim wózkiem, ale pan ochroniarz grozi palcem. Niestety z zakupów zostają tylko banany i woda, reszty nie uniosę w jednej ręce.


Wracam do domu, oczywiście najpierw pokonując kilkadziesiąt schodów na trzecie piętro z gondolą w ręku. Wchodzę do domu i w Salonie padam na kanapę. Długo nie leżę, bo Antek zgłodniał po dzisiejszych wojażach.

Dziś już wiem, że żaden aerobik czy joga nie zastąpią po prostu mamy walczącej z przeszkodami miasta. 


Dziś też wyruszam na spacer, ale na pewno w wygodniejszych butach i ubrana w coś przewiewnego. Taki spacer to niemalże sport ekstremalny, na pewno pozwoli wrócić szybko do formy:)


Swoją drogą, dlaczego na Google maps nie można zaznaczyć opcji jadę wózkiem / z wózkiem? 




t-shirt - Zara, komplet dwuczęściowy - Sheinside, buty - Sca'viola, torebka - Mango
zdjęcia - Krzysztof Kołowski

wtorek, 24 czerwca 2014

Ehh… spij kochanie

Każda możliwa lektura na temat macierzyństwa, noworodków czy niemowlaków mówi, że taki malec przesypia 20 godzin w ciągu doby. Sugerując się tym, byłam pewna ze położę maluszka pocałuję w czółko, szepnę dobranoc i będzie spał prawie do rana.

Niestety tak jak w dzień melodia do spania była niemal w każdym miejscu i w każdej pozycji, tak wieczorem potrzebował mamy i taty, cycka na twarzy, bujania i śpiewania, ale  i tak nie było gwarancji, że akurat zaśnie.
Zaczęliśmy szukać sposobów na usypianie małego brzdąca.
Najpierw wprowadziliśmy rytuały.

Zawsze około 20.00 angażowaliśmy małego do aktywności, oczywiście odpowiednich dla wieku dziecka. Nasz mały nieźle musiał się napocić żeby leżeć na brzuszku i próbował trzymać główkę jak najdłużej. Po takich ćwiczeniach kąpiel no i na końcu chyba jego ulubiona czynność – jedzenie. Kładłam się w przyciemnionym i cichym pokoju z małym i karmiłam go dopóki usnął. Jak już usnął delikatnie wyślizgiwałam się i mogłam chwilę spędzić z mężem. Niestety czasem było już tak późno, że zasypiałam razem z nim. Oczywiście każdy sposób zakładał, że mały spał między tatą a mamą. My nie mogliśmy rozłożyć się w pełni, bo nasze 56 centymetrów długości zajmowało większość łóżka.

Po skończeniu pierwszego miesiąca przez Antka pomyślałam, że czas na to, by maluch spał w swoim łóżeczku. Tak więc po karmieniu jak już mały zasnął przenosiłam go delikatnie do łóżeczka, które chyba go parzyło, bo tylko przy kontakcie z materacem oczy robił wielkie i proces usypiania od nowa. Niestety, wtedy sprawić by mały usnął wymagało bujania, śpiewania i głaskania. I tak godzinę czasem dwie na przemian z mężem podawaliśmy sobie małego jak sztafetę nucąc mu przeróżne melodie. Umęczeni szliśmy spać, ale mały wciąż spał w naszym łóżku.

W  środę nasz maluch kończy 8 tygodni, a my usypianie mamy opanowane, może nie do perfekcji, ale póki co jesteśmy na dobrej drodze.

Rytuały pozostały kąpiel, cycek i nie czekam, aż mały zaśnie tylko na wpół śpiącego kładę do łóżeczka. Czasem buntuję się mrucząc po nosem, ale po kilku minutach po prostu zasypia.
No i my zaczęliśmy się wysypiać, ja nie narzekam na ból kręgosłupa, w nocy mogę spać w każdej pozycji i w końcu mogę przytulić się do mężaJ


Powodzenia w usypianiu maluchów. Pamiętajmy, że każde dziecko jest inne i trzeba metodą prób i błędów sprawdzić co jest dla naszego najlepsze i przy okazji dla nasJ